(nie)Autostopowo do Amsterdamu

Dokąd: Amsterdam
Kiedy: 10-15.02.2017

Dzień 1:

Wylot z Modlina o 10:30, planowany przylot do Eindhoven na 12:30. No właśnie, planowany… Sporo lotów za nami, a nigdy takiej sytuacji nie mieliśmy – mocno opóźniony lot. Dolatując do Eindhoven dowiedzieliśmy się, że na lotnisku jednemu z samolotów pękło koło i zbyt dużo czasu zajmie usunięcie go z pasa, więc zamiast zostać przekierowanymi na jakieś pobliskie lotnisko w Holandii, odstawili nas na lotnisko w Weeze w Niemczech, 60 km od Eindhoven.

Jeszcze w samolocie poinformowano nas, że prawdopodobnie zostaniemy przetransportowani do Eindhoven autobusami, co potwierdziło się po kilkudziesięciu minutach oczekiwania na lotnisku. Z praw pasażera wyczytaliśmy, że po minimum 2-godzinnym opóźnieniu lotu należą nam się vouchery na jedzenie i napoje. Limit czasu się zbliżał, a na autobusy było trzeba jeszcze trochę poczekać, więc 2 godziny zostałyby na pewno przekroczone. Postanowiliśmy pójść do okienka Ryanair i zapytać o vouchery. Pierwsza Pani, pomimo pokazania jej dokumentu ze strony Rayner na temat regulacji UE w sprawie opóźnień lotów, nie rozumiała chyba zbytnio angielskiego i jedyne co powtarzała to „buses, buses will come”. Na szczęście po chwili podeszła druga, która już była bardziej rozmowna, lecz powiedziała, że nic się nam nie należy, bo lot nie jest opóźniony, a przekierowany. No to chyba żart. Weszliśmy na czat online Ryanaira (polski czat) i chcieliśmy wyjaśnić sprawę. Pan Paweł twierdził, że vouchery przysługują po 3 godzinach, lecz gdy podesłałem mu zdjęcie dokumentu, o którym wspominałem wcześniej, jednak uznał, że „jeżeli opóźnienie jest większe niż 3 godziny wtedy po 2 godzinach oczekiwania przysługuje voucher”. Koniec końców powiedział, że za 20-30 minut mamy się udać po te vouchery. Niestety na pytanie jak mam to przekazać pani w informacji, która nie ma o niczym pojęcia – odpowiedzi nie uzyskałem.

Busy nareszcie nadjechały. Opóźnienie rosło, a przed nami pojawiła się wizja rekompensaty w wysokości 250 euro na osobę w wypadku ponad 3-godzinnego opóźnienia, co przy cenie biletu w wysokości ~120 zł na osobę w dwie strony dawało całkiem niezły zysk.

Ruszyliśmy. Kierowca jechał tak, jakby dosłownie nie znal drogi. Momentami jechaliśmy bardzo wolno, tak, jakby czegoś szukał (i wcale nie chodziło tu o ograniczenie prędkości). Gdy dojechaliśmy na lotnisko w Eindhoven, zegarek wskazywał godzinne 16:30, co daje 4 godzinne opóźnienie (!). Po powrocie do domu zaaplikujemy o odszkodowanie (co i jak oraz rezultaty opiszemy w oddzielnym wpisie).

Na lotnisku poszliśmy zapytać się czy potrzebne jest jakieś zaświadczenie o opóźnionym locie (każdy autobus przyjechał o innej godzinie) lecz nic takiego nie jest wymagane. Było już po 17, zaczynało się ściemniać, a my przecież musieliśmy jeszcze dojechać autostopem do Amsterdamu! Pierwszy raz łapaliśmy stopa bez żadnej kartki, jedynie na kciuk. Zatrzymało się kilka samochodów, lecz nikt nie jechał tam, gdzie chcieliśmy. Zrobiło się ciemno, zimno, a do tego zaczął padać śnieg. Mieliśmy na ten dzień jeszcze plany, więc nie mogąc dłużej czekać – zawiedzeni poszliśmy kupić bilety na autobus do Amsterdamu… Zapłaciliśmy 40 euro na osobę w dwie strony (autostop w drodze powrotnej nie wchodził zbytnio w grę, bo nie mogliśmy się spóźnić na samolot). W oczekiwaniu na autobus kupujemy nasze pierwsze frytki z bardzo polecanym sosem orzechowym i majonezem, który pomimo wcześniejszych wątpliwości, okazuje się być pyszny!

Na dworzec w Amsterdamie dojeżdżamy ok. 21:15. Próbujemy kupić karnet 5-dniowy na komunikacje miejska, lecz w sklepach maja tylko 4-dniowe… Wpadamy na pomysł, aby poprosić kogoś, zęby kupił nam go karta w automacie, a my zapłacimy mu gotówką. Podchodzimy do automatu, a tam znów tylko maksymalnie 4-dniowe (5-dniowe tez powinny być dostępne). Jako że obok mamy już mila dziewczynę z karta, kupujemy 4-dniowy.

Dojeżdżamy do hotelu i jest godzina 22:30.
Tutaj kolejny zonk – będąc w Polsce zamówiliśmy tam (po uprzedzeniu hotelu) 2 darmowe karty SIM Lebara, lecz nie dotarły. Na szczęście, normalnie też są rozdawane za darmo, ale znalezienie ich punktu na drugi dzień nie przyjdzie nam łatwo bez Psa.

Z powodu dużego opóźnienia nie uda się nam zrealizować planu na ten dzień, ale postanowiliśmy spróbować dojść na Dzielnice czerwonych latarni. Krótko mówiąc: na Plac Dam dojechaliśmy tramwajem, poszliśmy trochę „na czuja” i się zgubiliśmy. Pochodziliśmy gdzieś w okolicach centrum i udało nam się wrócić nocnym autobusem do hotelu.

Dzień 2:

Wczesna (jak na nas) pobudka, bo na 10:30 musieliśmy już być w muzeum figur woskowych Madame Tussauds. Dzień wcześniej wróciliśmy do hotelu ok. godziny 3 w nocy, więc spaliśmy bardzo krótko. Bilety najlepiej kupić przez internet, ponieważ są sporo tańsze i unika się wtedy długiej kolejki. Myśleliśmy, że w muzeum będą jedynie ekspozycje z figurami woskowymi, to jednak okazało się to dużo ciekawsze niż sadziliśmy. Pomimo, że zdjęcia ze znanymi postaciami z wosku to dobra zabawa, przygotowane są też różne inne atrakcje takie jak: możliwość ubierania przebrań i rekwizytów, testowanie szybkości swoich reakcji, disco gogle, powtarzanie ruchów po Charlie Chaplinie (filmik można za darmo wysłać sobie na e-mail), udział w pokazie mody (również darmowy filmik), śpiewanie z Adele (darmowe nagranie na e-mail), malowanie XXX po XXX ekranie, zdjęcie przerobione na wygląd obrazu (za darmo na e-mail).

 

Po wyjściu z muzeum obejrzeliśmy z zewnątrz National Monument, Pałac Królewski (dawniej ratusz), kościół Nieuwe Kerk i weszliśmy do ekskluzywnego centrum handlowego Magna Plaza.

 

Kolejnym celem było znalezienie punktu Lebara, aby otrzymać kartę SIM. Tutaj ważna wskazówka: karty SIM są rozdawane za darmo, nie dajcie wcisnąć sobie kitu, że trzeba za nie zapłacić. Nas sprzedawca chciał policzyć za 2 karty 20 euro, ale gdy powiedzieliśmy, że powinniśmy je otrzymać za darmo, nagle przypomniał sobie, że ma „free SIM cards”.

Potem odwiedziliśmy muzeum prostytucji (Red Light Secrets), do którego mieliśmy pójść dzień wcześniej, ale było już zbyt późno. Wejście kosztuje 10 euro na miejscu lub 8 euro przez internet. My kupowaliśmy wszystkie bilety, które były przez to tańsze w taki sposób, ale warto przed przyjazdem zapytać hotelu czy posiadają kupony zniżkowe, bo często ceny są wtedy takie same jak przez internet (chyba, że posiadacie kartę walutowa to wtedy wygodniej jest kupić przez internet). Samo muzeum niewielkie, choć warte zobaczenia. Pokazane są pokoje, biuro oraz ubrania prostytutek, jak i wszelkie fakty o prostytucji. Jest nawet lista zasad bycia dobra prostytutką. Na końcu znajduje się cała ściana obklejona karteczkami z anonimowymi wyznaniami związanymi z seksem (można napisać również własną).

 

Po krótkim posiłku udaliśmy się do muzeum seksu. Wstęp kosztuje 4 euro, a bilet kupuje się na miejscu. Bardzo dużo eksponatów, wszystko co związane z seksem i jego historia. Naszym zdaniem mniej ciekawe niż muzeum prostytucji, ale za 4 euro jak najbardziej warte odwiedzenia.

Ostatnim punktem zwiedzania była słynna Dzielnica czerwonych latarni. Mnóstwo ludzi, dziewczęta w witrynach, dziesiątki barów i innych rozrywek oraz niepowtarzalna atmosfera. Tak można najtrafniej opisać to miejsce.