(nie)Autostopowo do Amsterdamu

Dzień 3:

Dzień zaczęliśmy od przejścia się przez targ kwiatowy – Flower Market/Bloemenmarkt. Jest to całkiem długa uliczka z małymi i większymi straganami z mnóstwem kwiatów, nasion, sadzonek i pamiątek. Można było sobie nawet kupić zestaw startowy do wyhodowania własnych konopi.

Na godzinne 14 mieliśmy kupione bilety na degustację sera Henri Willig. Po zaprowadzeniu nas do sali degustacji, mila starsza pani zaproponowała nam wino lub piwo (w cenie biletu za 10 euro są 2 kieliszki wina lub piwa na osobę). Jej angielski był bardzo wyraźny i bez problemu dało się wszystko zrozumieć. Gdy przybyła reszta gości, pani opowiedziała nam o historii zakładu, jego założycielu oraz dawnych i aktualnych metodach produkcji ich sera. Wyświetlony został również krótki film ukazujący cały proces. W końcu przyszedł czas na degustacje. Podano 4 rodzaje serów(a) wraz z 2 sosami. Nasza wizyta przebiegała w bardzo przyjaznej i luźnej atmosferze. Po zakończeniu pokazu otrzymaliśmy kupony zniżkowe na 10% w ich sklepach.

 

Kolejnym naszym przystankiem było muzeum Micropia. Bilety kupujemy w kasie, ponieważ tylko tam są dostępne bilety studenckie w cenie 7 euro. Budynek jest zaraz obok ZOO. Zwiedzanie rozpoczyna się od wjazdu winda, w której przedstawiony został główny temat muzeum – mikroorganizmy. Podczas zwiedzania mamy możliwość obejrzenia różnych mikroorganizmów na wiele sposobów, np.: przez mikroskop, lupę, na specjalnych zdjęciach lub interaktywnych ekranach. Jest też sporo innych wystaw. Muzeum bardzo ciekawe i na pewno warte odwiedzenia.

 

Po krótkim posiłku udaliśmy się na darmowy prom, który odpływa z okolic dworca centralnego w różnych kierunkach na druga cześć Amsterdamu. My weszliśmy na “chybił trafił” i popłynęliśmy najdłuższa trasa, lecz podróż i tak trwała tylko kilka minut. Nie ma kłopotu z powrotem, ponieważ promy odpływają co parę minutę.

 

Dzień 4:

Przywitał nas całkiem słoneczny poranek, a akurat dziś mieliśmy w planach odwiedzenie parku Vondelpark. Jest to ogromny teren, gdzie ludzie spacerują, biegają, jeżdżą na rowerach, wychodzą z psami i dziećmi oraz relaksują się w kawiarniach (my osobiście widzieliśmy 1). Pomimo zimowej pogody, ludzi było mnóstwo.

Po niedługim spacerze udaliśmy się w stronę ulicy P.C. Hooftstraat. Jest to ekskluzywna ulica z wieloma drogimi sklepami. My nie widzieliśmy w niej nic ciekawego, więc zboczyliśmy z trasy i trafiliśmy przed Rijksmuseum oraz napis I Amsterdam (o którym byśmy całkowicie zapomnieli!).

 

Teraz przyszedł czas na nasz ulubiony punkt – jedzenie. Pojechaliśmy na Albert Cuyp Market. Było tam sporo stoisk z przekąskami i serami, lecz dominowały ubrania oraz pamiątki.

 

Zahaczając o Utrechtsestraat (ulica, na której miało być wiele interesujących sklepów, pubów i kamienic, lecz tak naprawdę niczym się ona nie wyróżniała) doszliśmy na Most 15 mostów. Podobno można z niego zobaczyć 15 innych mostów, lecz nam niestety nie udało się tylu doliczyć.

 

Dzień zakończyliśmy wizyta w podobno najlepszej frytkarni w Amsterdamie oraz spacerem po Nieuwemarkt. Specjalnie dla tych frytek nie warto nadrabiać drogi, ponieważ niczym się one nie wyróżniały, a tak samo dobre znajdziemy w innych snack barach. Najlepiej frytki kupować tam, gdzie jest dużo ludzi. Z tego co pamiętam, bardzo dobre były w (chyba) sieciować Chips King, lecz bez problemu znajdziecie tez inne.

 

Dzień 5:

Piaty dzień zwiedzania – Walentynki. Udaliśmy się na (podobno) ciekawa uliczkę handlową Haarlemmerdijk, lecz naszym zdaniem nie różniła się od wszystkich innych.

Okrężna trasą doszliśmy na dzielnice Jordaan. Miała ona charakteryzować się “specyficznymi mieszkańcami”. Ciekawe było to, że gdy zajrzeliśmy do domów przez duże okna, styl w nich był bardzo hipsterski i od schoolowy, a układ przedmiotów wyglądał tak, jakby ktoś wybiegł z niego w pośpiechu. Możliwe, że w innych domach tez tak było, ale nie mieliśmy okazji “podejrzeć” gdzie indziej.

 

 

Po spacerze zatrzymaliśmy się w klimatycznej kawiarni na chwilę odpoczynku.

 

Czas ruszyć w kierunku kościoła Westerkerk. Mieliśmy nadzieje na darmowy wjazd na szczyt wieży, lecz okazało się, że jest to możliwe dopiero od kwietnia. Można za to obejrzeć go bezpłatnie od środka.

 

Po obejrzeniu okolic 9 uliczek i zjedzeniu walentynkowego obiadu, udaliśmy się zobaczyć Oude Kerk. Kościół ten można obejrzeć za darmo tylko z zewnątrz.

 

To już sama końcówka naszej podróży, więc na zakończenie przeszliśmy się w okolice Dzielnicy czerwonych latarni i obejrzeliśmy chińską uliczkę.

 

Dzień 6 i PODSUMOWANIE:

Ostatni dzień odbył się bez żadnych kłopotów i opóźnień, więc o 17 byliśmy już w Polsce. Pomimo zimy, której tak bardzo nie lubimy, Amsterdam oceniamy jako najładniejsze miasto jakie widzieliśmy. Każda uliczka i każdy most wyglądał jak z filmu. Dosłownie każdy, młody lub stary, mówi tam po angielsku. Nic tak nie ułatwia podróży jak dobra komunikacja. Wkrótce dodamy oddzielny post o różnych praktycznych informacjach na temat Amsterdamu/Holandii.

Dziękujemy tym, którzy przeczytali nasz pierwszy wpis. Mamy nadzieję, że kolejne będą dużo lepsze i ciekawsze. Trzymajcie się!